niedziela, 27 lipca 2014

Deadline, deadline, a co potem?

No właśnie. Co potem? Potem jest źle. Generalnie jak z większością rzeczy mam plecy kolejne projekty hafciarskie. Dzisiaj ciut o zaległych kwiatkach dla rodziny męża - pisałam o nich np. tu.

Odstawiłam róże i zajęłam się klematisami dla babci, która obchodziła imieniny w zeszłym tygodniu. Stan na dzisiaj wygląda jak poniżej i jestem niestety dumna, że aż tyle. Teoretycznie mogłabym te prace odłożyć, ale wiem, że wtedy trafią do UFOlandii  na wieczność.. dlatego mimo przekroczenia terminu dziergam i dziergam. W każdym razie się staram :/




Róże wyglądają w ten sposób - pytaliście się, jak będzie to wyglądać z konturami, więc zrobiłam jeden listek - generalnie praca będzie trochę grafikę przypominać, jeden kolor i kontury.
A tutaj oba razem:
A teraz garść uwag technicznych - ciekawa różnica... Teoretycznie oba zestawy to kanwa drukowana. Róże dostałam w Ustroniu na Zjeździe w 2013r., niebieskie klematisy zamówiłam z Coricamo.
Kanwa na róże jest... hmm.. ja to określam mianem właśnie kanwy drukowanej. Jakaś taka szorstka, nitka lubi się plątać, a chociaż wyszywam 3 nitkami to jednak nie do końca mnie to zadowala... Najlepsze byłoby 3 i pół :P Bo 4 ciut za grube.
A klematisy są dziwnie mięciutkie w dotyku, jakby ktoś wziął normalną Aidę z metra i w drukarkę wpuścił. Milutko się wyszywa (nie widać tego, ale zostało mi naprawdę nie wiele).
Nie umiem wyszywać w ręce więc trzymam je na q-snapie, aczkolwiek pewnie przydałoby się jeszcze po bokach złapać, np. spinaczami biurowymi. No ale póki co jakoś to daje radę.
Sama ramka była za luźna, dlatego też wzięłam co miałam pod ręką i podłożyłam pod klipsy (problem jest też taki, że nie ma dostatecznie dużego zapasu materiału, żeby go owinąć wokół ramki, tak naprawdę sięga to może do połowy rurki, co przekłada się na problemy z napięciem materiału).
A co podłożyłam? Resztkę, która mi została po stworzeniu kartki ślubnej z Aidy 18" złożonej na pół, a pod drugiego klipsa - uwaga! - chusteczkę higieniczną złożoną na 4 części. I wiecie co? Trzyma się toto już ponad miesiąc ;) Jak widać potrzeba matką wynalazków ;)
Tak, wiem, nie wygląda to za ładnie ;) Ale w tym wypadku ma przede wszystkim trzymać.


Trzymajcie za mnie kciuki, żeby jednak udało mi się to szybko zrobić i żebym mogła wrócić do spitfire'a i innych fajnych projektów...

I trzymajcie kciuki, żeby udało mi się znaleźć pracę......

poniedziałek, 14 lipca 2014

Ukończony stateczek z Dimensions

Stateczek się szył i szył, wędrował od pudła z UFOkami przez "prawie podręczny" koszyk z robótkami "jak mi się znudzi inne wyszywać". Tyle czasu a toto maleństwo przecież... Dimensions Gold Collection Petites czyli 13x18 cm.
Kiedy w czerwcu wybraliśmy się do Krakowa i zostawałam tam z Młodą na dłużej, wzięłam go z mocnym postanowieniem skończenia przez Zjazdem w Krasnymstawie.
I całkiem dobrze mi poszło, bo stateczek się prezentował razem z kolibrami :)
A teraz fotki i różne uwagi:
Tak oto wyglądał w całości bez detali. Czyli beznadziejnie :P
A tutaj pierwsze kontury..
Powiem wam, że miałam trochę zagwostkę z liniami na mapie - robienie co 1 krzyżyk było niemożliwe, robienie przez całą długość też, więc tak trochę na czuja szyłam od przecięcia do przecięcia.. chociaż czasem to i tak był długi kawałek nitki i niekoniecznie dobrze się układał...
A potem zostały kontury statku i mój "ukochany" cording czyli zwijanie i przyszywanie sznureczka...
Ze sznureczkiem było zabawnie, bo za pierwszym razem zapomniałam, że trzeba igłę mieć nawleczoną od samego początku ") W efekcie musiałam rozplątać jeden z najładniejszych sznureczków jaki mi wyszedł :P
Zamiast przyklejać taśmą do stołu, to wykorzystałam kluczyk w szafie. Jeden koniec przywiązałam do kluczyka, drugi trzymałam i skręcałam, a jak złożyłam na pół to po prostu odcięłam ten przywiązany kawałek. I tak trzeba zawiązać supeł i tak, więc odciąć kawałek nitki można.
 Sznureczek jest skręcony z 6 nitek muliny i ozdabia ramkę stateczka. 

Z węzłem też się napracowałam, żeby go ładnie ułożyć i odpowiednio przyszyć i co z tego.. po prasowaniu wygląda to zupełnie inaczej i nie tak ładnie :(
A to właśnie po wyprasowaniu :/ będę musiała jakoś chyba na mokro tego węzła na nowo ułożyć..

Stateczek był prezentowany w Krasnymstawie w ramce fotograficznej, ale traktuję ją jako oprawę przejściową, ponieważ nie było gdzie schować materiałów, więc przykleiłam taśmą malarską od spodu. A do oprawy takiej normalnej to powędruje razem z kotkami.

A tyle zostało mi nitek z zestawu - na 2 statek nie wystarczy ;) ale całkiem sporo tego zostało Oo Sorter jest z innego zestawu, kiedyś mi pozostawały z różnych małych i wykorzystuję 2 stronę jako sortery "podróżnicze" - łatwiej mi takie okrągłe ze sobą zabierać niż te z listwą magnetyczną z DMC - są mniejsze i mieszczą więcej nitek. Co zresztą widać na obrazku poniżej ;)

Jeden petitek mniej... Zostało.. hm... policzmy.... tryptyk japoński (czyli 2 gejsze i samuraj), latarnia morska, muszle, paw.. oh, jedyne 6 petitków ;) W tym tempie skończę je za jakieś..... 12 lat :D

piątek, 11 lipca 2014

I Festiwal Twóczo Zakręconych, Krasnystaw 4-6.07.2014r. - wrażenia, część II plus podsumowanie

Dzień II.
Po przespaniu kilku godzin (człowiek się zagadał i zaśmiał na śmierć, godzina 2, towarzysze w wersji zombie kiwając się i z niemal zamkniętymi oczami dalej opowiadają anegdotki, ale dobijający się resztką sił rozum zwyciężył - idź spać!!! śniadanie o 8!! cały dzień nauki!!! chcesz usnąć na zajęciach z twarzą w talerzu kleju lub poduszce na igły?!), meri otworzyła oczy na dźwięk budzika. Kilka alarmów później, zostawiwszy mózg w pustym jeszcze kubku z kawą odbyłam trasę na koniec korytarza, z nadzieją, że łazienki będą puste. Były tak puste, że nawet zdążyłam wziąć prysznic. A potem pyszne podróżne odpady kofeinopodobne ;)
Jak się okazało, jakimś cudem 90% uczestników zjazdu jest w superformie urlopowej, wstało bez problemu chyba o 6, wypluskało się i zeszło na śniadanie, dzięki czemu musiałyśmy szukać stolika ')

Jedzenie było poprawne, ani zganić, ani pochwalić, ja tam czym innym żyłam ;)
Przedpołudniowe warsztaty miałam (wreszcie!!) z Osikową Doliną - akurat trafiłam na robienie osikowej biżuterii. Było super!!!! Zakochałam się w tych wiórkach!!! Zrobiłam wisior dla siebie, pierścionek do kompletu i bransoletkę dla znajomej. Bransoletka prosta, na drewnianej obręczy - ale znajoma zajmuje się decoupagem, więc jestem pewna, że długo surowe drewno nie zostanie ;)
zawieszka ochrzczona ważką ;)
zawieszka i pierścionek

prosta bransoletka

Cały warsztatowy urobek :)

Po zajęciach nie mogłam się oprzeć i napadłam na stoisko Osikowej Doliny:
Będę kręcić i kręcić i eksperymentować, szczególnie że na Facebooku Osika ogłosiła konkurs na eko biżu z ich wyrobów :)

W czasie przerwy zdaje się że zjedliśmy obiad, zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę części uczestników mojego projektu "Niteczki w karteczki" :)
Na tym zdjęciu są również VIPy, które są bardzo zdolne i wystawiają swoje prace na wielu wystawach ;) I bynajmniej nie mówię o sobie :P

A potem naszła nas chętna na poobiedni deser, więc wzięliśmy pod pachę swoje dzieła i zakupy i udaliśmy się w kierunku rynku (wychodząc z założenia, że coś z kawą i lodami musi być w samym centrum). No i była mini kawiarenka na rynku. Gdzie pani oznajmiła, że na zestaw lodów składający się z 3 gałek przez nią nałożonych trzeba czekać 15 minut. Prócz nas było kilka osób też z Festiwalu, które już piły kawkę... Więc sobie poszliśmy. I tak niedaleko rynku znaleźliśmy całkiem fajną cukiernię, z miłą obsługą, która od ręki wydawała nam lody (a duży wybór mieli) i kawę (całkiem przyzwoitą) za przyzwoite jak na sezon turystyczny pieniądze. Nie ma ona swojej nazwy, jest to po prostu cukiernia, ale znalazłam ją dla was na google maps: Krasnystaw, ul. dr Matysiaka 11 - polecam.

Po kawie i lodach potuptaliśmy na popołudniowe zajęcia (przynajmniej większość z nas). Z racji błogiego lodokawowania się, z lekka spóźnieni wpadliśmy na zajęcia.
Ja postanowiłam zmierzyć się z haftem płaskim, który mnie przerażał, jako że wydawał mi się zawsze mocno skomplikowany. No bo skąd wiedzieć, czy ten kolor tu ma być, czy inny, czy te nitki krótsze, a dłuższe, ale gdzie, ale kiedy, no nie, to nie dla mnie...
Zajęcia prowadziła p. Ula Jędrzejczyk, a do wyszycia mieliśmy mak.. akurat w sam raz pasowałoby - moja mama kocha maki, a moja babcia przepięknie maki wyszyła...
I okazało się, że nie taki wilk straszny... Fakt, moja praca jeszcze nie skończona, ale póki co prezentuje się tak:


I chyba nie jest najgorzej, jak ma pierwszy haft płaski w życiu? Patrzcie, jakie mam tradycje - to haft wykonany przez moją nieżyjącą już babcię, jakieś 50 lat temu... Wyszywanie bez wzoru, tylko z natury:

 

Haft płaski bardzo mi się spodobał - mam gazetkę gdzie jest wzór na poduszkę z pachnącym groszkiem właśnie na haft płaski.. Lata już czeka i myślę, że wreszcie się doczeka :)
Po warsztatach i kolacji Agnieszka poszła złożyć się w ofierze wieczornym komarom przy okazji zwiedzania muzeum i ogrodów, a ja zrezygnowałam z wesela siennickiego i radowałam się doborowym towarzystwem ;) Komary radowały się niestety wraz z nami, skutkiem czego mimo żaru trzeba było w 4 ścianach siedzieć...
Oj było gadania na tematy wszelakie, było super i mogę śmiało powiedzieć, że to był najlepszy ze wszystkich Zjazdów :) Bardzo dziękuję Basi, Marioli, Agnieszce i Mietkowi za wspaniały czas, rozmowy i pomoc w odzyskaniu hafciarskiej pewności siebie :)
A potem była niedziela i już trzeba było wracać :( Niestety nie mogłam ani uczestniczyć ani nawet zobaczyć jarmarku na rynku, ponieważ po śniadaniu musiałam się zbierać do domu :/
Tym razem nie miałam rozgadanego sąsiedztwa, więc pokonując trasę Lublin-Kraków nawijałam sobie zaległe muliny na bobinki. Nawinęłam tylko 38 bobinek, bo mi się naklejki z numerkami skończyły. A że niektóre bobinki mieściły po 2 motki, inne po półtora, to uśredniając, że na jedną bobinkę (bobinka?)  nawinęłam 10 metrów muliny (1 motek to 8m) to wychodzi, że przez moje ręce przewinęło się (i to dosłownie) 380 metrów muliny ;)

A jako podsumowanie:
- KOMARY. KOMARY. I jeszcze raz KOMARY. Przez ostatnie 2 lata nie zostałam tak pogryziona, jak przez te 2 dni Festiwalu.
- znacznie lepiej zorganizowane warsztaty niż w Ustroniu. Po pierwsze - szkoła dawała możliwość urządzenia ich w dużych salach ze światłem dziennym, po drugie dość małe grupy (ja miałam w ogóle luksus - po 4 osoby w grupie!), dzięki czemu można było naprawdę bardziej skorzystać. Trafili mi się wspaniali prowadzący, którzy nie dość, że sami wspaniałe rzeczy robią, to jeszcze potrafią tę wiedzę przekazać :)
- nie oczekiwałam specjalnych cudów po internacie, ale brak chociażby ogólnodostępnej lodówki czy czajnika dawał się we znaki. Podobnie jak nie działające gniazdka w pokojach (u nas żadne nie działało, więc w niedzielę rano wstałam o 6 i poszłam ładować komórkę na korytarzu. Ludzie trochę dziwnie się patrzyli, bo siedziałam na krześle na środku korytarza i wyszywałam, a komórka pod krzesłem leżała :P ), problemy z oknami, nie działające toalety czy prysznice. 2 dni dało się przeżyć, ale dłużej byłoby trochę trudniej.
- zjadliwe jedzenie :) 
- te 20 minut na piechotę ze szkoły do internatu to jednak takie mocne 20 minut :P ale w miłym towarzystwie szybko to mija ;)
- imprez towarzyszących było trochę za dużo :P serio :P trzeba by się tak ze 3 razy sklonować, żeby wszystko ogarnąć na spokojnie ;) dlatego też np. zrezygnowałam z wyjścia do muzeum i wesela, bo inaczej nie spędziłabym czasu ze znajomymi.

Jeżeli będę mogła to za rok chętnie pojadę i bardzo bym chciała w tym roku do Ustronia - ale nie wiem, czy to mi się uda...
Wszystkich gorąco zachęcam do uczestnictwa w takich imprezach - można spotkać wspaniałych ludzi i wiele się nauczyć :)
A na zakończenie link do galerii Festiwalu na Facebooku.

wtorek, 8 lipca 2014

I Festiwal Twóczo Zakręconych, Krasnystaw 4-6.07.2014r. - wrażenia, część I

Na ten Festiwal szykowałam się od ładnych kilku miesięcy. Aśka jak zwykle zaszalała jako organizator i przyszykowała tyle atrakcji, że trzeba by się sklonować, żeby wszystkiemu podołać ;)
Ale do rzeczy.
Do Krasnegostawu jechałam z kilkoma przesiadkami. Jako że miałam być na miejscu w piątek ok. 14:00, odpadał bezpośredni autobus ze Szczawnicy, skutkiem czego wylądowałam w czwartkowy wieczór w Krakowie u rodziców. Dla urozmaicenia przywiozłam gorączkę, ból gardła i zatkany nos.
Noc była straszna. Nie przespana 2 noc z rzędu (dzień wcześniej mała marudziła, ja spać też nie bardzo mogłam), nad ranem ok. 40 stopni gorączki i rozmyślania, czy w takim stanie po pierwsze dam radę jechać do Lublina, po drugie czy jest sens z chorobą pakować się w tłum ludzi i na warsztaty. 
No ale rano (pobudka o radosnej 4:30) gorączka ciut spadła, więc stwierdziłam, że zaryzykuję. Takoż się jakoś wyczołgałam z łóżka i pojechaliśmy na dworzec. Autobus planowo miał wyruszyć o 5:30. O 5:25 ni widu, ni słychu, na otarcie łez kilkuosobowa grupka pasażerów stoi wraz ze mną. 5:35 i nic... Dworzec czynny od 6. Informacja telefoniczna od 7. Znaczy nikt nic nie wie, czeski film po prostu. Na wyświetlaczu w międzyczasie zdążyła się zmienić informacja i pokazał następny kurs. Oczywiście nie do Lublina...
Na szczęście tuż przed 6 niewielki busik zajechał niemal z piskiem opon ;) i tak oto ruszyliśmy w drogę. Miałam całkiem miłe towarzystwo, więc rozgadałyśmy się o rzeczach wszelakich i tak nam minęło 5 godzin podróży.
W Lublinie odbierała mnie jedna z uczestniczek Festiwalu, jako osoba zmotoryzowana i chętna do przygarnięcia jakiegoś podróżnika. I tak pojechałyśmy białym renault w stronę słońca ;) 
Dla takiego miejsko-górskiego ludzia jak ja, widoki były przepiękne - płaskie pola po horyzont.... horyzont daleko, daleko.... Zupełnie coś innego :)
Ula miała mapę wydrukowaną ze stronki, małą, bladą, na której nawet nie wszystkie główne ulice mają nazwy... Skutkiem czego bardzo dokładnie pojeździłyśmy po Krasnymstawie, niektóre ronda odwiedzając po 3 razy ;) Ale wreszcie dotarłyśmy do Internatu...
A tam zonk - nie ma czajników w pokojach, lodówki nawet wspólnej, a wszyscy siedzą już w szkole kawałek dalej na warsztatach :P
No to znowu pojechałyśmy, wystawiłam swoje prace na wystawie, porobiłam trochę zdjęć, przeżyłam oficjalne otwarcie z VIPami ;) dopadłam znajomą z projektu "Niteczki w karteczki" i tak upłynęła ta godzinka do pierwszych warsztatów.
ozdoby ze słomy
haft koralikowy - Mariola Luty

obraz z wełny - Urszula Jędrzejczyk

moje prace

różne obrusy, serwety, kartki chyba z Hobby Studio

Paw (CHYBA Małgosi...)

metalowe cuda od chłopaków z Rextorn

prezentacja wzorów Riolis przez Hobby Studio

prezentacja wzorów Riolis przez Hobby Studio
prezentacja wzorów Riolis przez Hobby Studio
Wybrałam warsztaty z haftu wstążeczkowego, z nadzieją, że się wreszcie czegoś nauczę. Zajęcia prowadziła p. Wiera Ditchen i były to jedne z najlepszych warsztatów rękodzieła, na jakich kiedykolwiek byłam :) Pani super prowadziłam pokazała swoje prace, pokazała książki, nauczyła podstaw... Pokazała jak zrobić podstawowe kwiatuszki, czy to z jednego kawałka wstążki czy wielopłatkowe, jak wyszyć kłos zboża itp., liście, jak zrobić rosochatego chaberka... Niestety nie zdążyłam zrobić wszystkiego, jak zobaczycie na zdjęciach został mi mak do skończenia..
Owszem, wstążeczki to ciężka praca, przeciąganie ich przez materiał jest bardzo męczące, ale powiem wam w sekrecie, że już nie mogę się doczekać, kiedy ozdobię w taki sposób jakąś spódnicę czy bluzkę :) Nie mogę powiedzieć, że zakochałam się w tym rodzaju haftu, ale dzięki p. Wierze przekonałam się, że nie trzeba wcale wyszywać wielkich obrazów czy skomplikowanych wzorów, zupełnie spokojnie można małego kwiatuszka z wąskich wstążek, by rzecz nabrała innego charakteru.
A oto moje pierwsze spotkania z haftem wstążeczkowym:
całość robótki i kawałek wstążki do wykonania środka maka

chaberek :)
rumianek skryty za liściem ;)

A po warsztatach powłóczyłam się trochę po stoiskach, namierzyłam znajomych, a ledwo zjedliśmy kolację trzeba było gnać, bo był wernisaż fotografii z wesela siennickiego, na którym również prezentowano rękodzieło, głównie koronki:


Koronka z użyciem wstążeczki :)
Po wernisażu zostaliśmy wywiezieni w głębokie, już przygraniczne lasy :P żeby przy ognisku się zintegrować ;) Były śpiewy, kiełbaski, i dobra zabawa :)
Po powrocie namierzyłam jeszcze kolejnych znajomych, zmieniłam pokój na lepszy model ;P pod względem towarzyskim i po przegadaniu jeszcze sporego czasu o wyszywaniu, ludziach, tym i owym, padliśmy spać.
A dzień 2 będzie w następnym poście ;)

Jako że mam mało zdjęć, wracać musiałam w niedzielę po śniadaniu więc na jarmarku nie byłam, podaję linki do stron z większą ilością zdjęć:

wtorek, 1 lipca 2014

Meri karteczkowo debiutuje w kategorii wzorów ślubnych

I tak oto powracam z urlopu u rodziców ;) z masą zdjęć wyszywanek - od pierwszej, od której wszystko się zaczęło po zakończonego ostatnio UFOka.
 Jako że sezon ogórkowy w pełni, więc foty rozłożę na kilka postów, żeby was nie zanudzić ;) Poza tym w czwartek jadę na Zjazd do Krasnegostawu więc znowu relacja z niego będzie też pewnie kilku częściowa :P

No to zaczynamy. Uwaga, stęskniłam się za pisaniem więc będzie długo :P

Jakiś czas temu zostaliśmy zaproszeni na ślub znajomych (bardziej męża niż moich) do Krakowa. Z uwagi na ilość projektów, fakt, że znajomi nie aż tak mi bliscy, krzyżyki odpuściłam. Poza tym ślubne? Ślubne?? No way. Never ever.
Po jakimś czasie przyszła myśl, że skoro młodzi zażyczyli sobie zamiast kwiatów losy w totka, to te losy trzeba w czymś dać. Koperta. No ale głupio tak... koperta i losy... może jakaś kartka... I tu mój mózg beztrosko stwierdził, że kartka to mała rzecz i się wyrobię.
Zaczęły się poszukiwania. W stosie gazet które posiadam były wyłącznie gołąbki, szampaniki, obrączki i pierdyliard amorko-serduszek. Poprosiłam o pomoc i kochana Patrycja zarzuciła mnie wzorami mniejszymi i większymi, prostszymi i bardziej skomplikowanymi....
Mój mózg był przebiegły, wyłączył racjonalne myślenie oraz umiejętności logiczno-matematyczne i zamiast prostej karteczki a la sampler jednokolorowy optował za feerią barw. Szczególnie mu się spodobał wzór opublikowany w 2010 w majowym Cross Stitcherze. Tam był taki zestaw ślubnych cusiów na obrazki, kartki, bileciki do prezentów itd.
"Kartka, mała, weźmiesz koraliki, metalizowaną i zrobisz w góra 3 wieczory"szeptały neurony na 2 tygodnie przed Wielkim Dniem.
No to wzięłam ten wzór na "kartkę, małą, góra 3 wieczory" i najpierw posprawdzałam kolory wg wzoru. Oczywiście połowy nie mam, pozostałe to jakieś brudne pastele i bladoróżowe koraliki.
Jako że koraliki miałam co najwyżej mocno czerwone, kolory dobrałam samodzielnie.
Pisałam, że mi mózg wyłączył liczenie? Spostrzegawczość też, ot co to jest jakieś 35 krzyżyków w każdą stronę od środka wzoru.. Tak minęło ze 2-3 dni ("zdążysz, to na 3 wieczory jest" uspokajająco szeptał mózg).
Ćwierćkrzyżyki odkryłam dopiero jak do nich dotarłam. Okazało się, że generalnie kwiatki głównie z ćwiartek się składają..... I listki mają ładny kształt też dzięki nim....
A serducha uparłam się metalizowaną muliną robić (znaczy mózg się uparł "weź metalizowaną, to ślub jest, niech się świeci na bogato, poza tym nie znosisz metalizowanej to przynajmniej część sobie zużyjesz..."), a wiecie ile trwa wyszywanie złotą a ile zwykłą muliną...
A kontury... wrr... normalnie w krzyżykowym kontury zazwyczaj idą od "dziurki" do dziurki". A tutaj beztrosko się wiją, zakręcają i figlują. Takie coś to ja couchingiem robię, ale kurcze nie wtedy, kiedy mam kontur 1 nitką szyty!
Do tego trzeba było rozplanować monogram i zmienić datę - angielskiej wersji dzień liczbowo + miesiąc słownie (cały lub skrót) zrobić wersję wyłącznie z datą cyframi.
Wielki Dzień czyli 14 czerwca, samo południe, sobota, nadchodzi... meri pracuje, klnie na swój mózg, a ten beztrosko macha neuronami i pogania...
14 czerwca już po przyjeździe do rodziców, meri wstała skoro świt, zalała gigantyczny kubeł kawy i przystąpiła do wyszywania monogramów, reszty konturów i koralików.....
Zdążyłam, ale kurcze, nigdy więcej się nie wpakuję w takie coś....

Szyte muliną wszelaką, od DMC po Ariadnę, koraliki Preciosa, Aida 18" Zweigart, przyklejone taśmą dwustronną na ozdobny papier, wycięte specjalnymi nożyczkami tnącymi w ząbki ;)
Tak wiem, nie wyszło idealnie, ale już naprawdę niewiele brakowało, żebym zaczęła płakać z tego wszystkiego...

Zdjęcia są jakie są, jako że nie moim aparatem robione, w dodatku focił mąż, bo ja musiałam się przecież przebrać w strój wyjściowy :P





Etykiety

Dimensions ptaszki DMC ufokowy rok HEAD latarnia morska Teresa Wentzler kanwa plastikowa Stitchy Dragon dimek kostki serwetka z dzwonkami zakładka ze smokiem Coricamo SAL bombkowy Spitfire UFOK Mikołaj z "Przyjaciółki" Nene Thomas ozdoby choinkowe Kołysanka Dimensions Gold Collection Petites Lullaby Randal Spangler TUSAL 2013 pudrowe róże ufoki ufokowy rok 2 zakładka zestaw do haftu Curl up with a good book DMC RR czajniczki kanwa drukowana latch hook retro koci kalendarz róże dla teściowej Kokardka.pl Royal Paris Zjazd Zakręconych candy u meri niebieski klematis obrazek świąteczny smok zakładka z cytrynami III Ogólnopolski Zjazd Twórczo Zakręconych UFO SAL Ustroń candy dzwonki haft płaski poduszka prezent ptaszki-grubaski Boże Narodzenie Haft Pasja HobbyStudio Koci SAL Przyjaciółka TUSAL Tygrysek biżuteria córa jesień książki osikowa dolina osikowe wiórki wspólne dzierganie i czytanie zakupy zawieszka na choinkę ślubne Ariadna Clover Dni Kraftu Festiwal Twórczo Zakręconych Haftix Heritage Crafts Kraków Krasnystaw NeedleArt Orchidea Permin of Copenhagen Pracownia Wiewiur Tajemniczy SAL Twórcze Inspiracje Ty Wilson Złota Igła drewniane zawieszki frywolitka hardanger imieniny irysy kartka z motylem kolibry koraliki koteczek królik kumihimo maczek prawa autorskie smalls SAL sowa stateczek tutoriale wymianka wymianka zakładkowa zimowy ptasiorek żurawie 4 pory roku Garfield IV Ogólnopolski Zjazd Twórczo Zakręconych Igłą Malowane Linda 27" Lugana 25 Sew&So V Zjazd Zakręconych w Ustroniu bransoletki z muliny breloczek do kluczy chińskie widoczki kanwa ze złotą nitką kartka na ślub len liście ludowe maki makrama małe wzory metryczka mirabilia mulina lniana mulina metalizowana DMC mulina satynowa DMC serce serducho smok i księżniczka tajniak